Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

Uboga Gioconda

Każdy, kto interesuje się twórczością Karola Szymanowskiego, wie, że u źródła narodzin Króla Rogera legło zauroczenie kompozytora Sycylią i jej zabytkami; poszukiwał on tedy libretta, które dałoby mu pretekst, by ukazać na scenie choćby ułamek owych sycylijskich cudów. Takie libretto, jak wiadomo, otrzymał od Jarosława Iwaszkiewicza: opera rozgrywa się kolejno w monumentalnym wnętrzu katedry w Palermo, w pałacu Rogera II władającego Sycylią w XIII wieku (budynek ten stoi po dziś dzień) oraz w ruinach antycznego teatru greckiego. Realiów tych przestrzegali realizatorzy pierwszych przedstawień opery w Warszawie i Pradze, jak też - już po II wojnie światowej - w samym Palermo. Kiedy więc pół wieku temu w jednym z naszych teatrów postanowiono rozegrać Króla Rogera na niemal całkowicie pustej scenie ("żeby, proszę pana, tym mocniej przemawiała sama muzyka oraz głębsze treści utajone w libretcie"), część widzów odebrała to jako sprzeniewierzenie się intencjom kompozytora i zubożenie jego artystycznego przesłania. Dzisiaj powszechną praktyką jest, że opery o treści wyraźnie osadzonej w historycznych realiach gra się na tle niczym nie przyozdobionych ruchomych płaszczyzn oraz w strojach współczesnych i często zgoła byle jakich. Nowoczesność czy oszczędność? I jak się na to zapatrują widzowie? Warto by nad tym zastanowić się kiedyś poważniej...
Przywołałem przykład Króla Rogera, gdyż podobny los spotkał Giocondę Amilcare Ponchiellego, wystawioną 24 kwietnia w monumentalnym gmachu Opery Nova na otwarcie XVII Bydgoskiego Festiwalu Operowego. Szkoda, bo to bardzo widowiskowe dzieło, co więcej - nader rzadko inscenizowane. Właśnie dla podkreślenia scenicznego efektu Arrigo Boito - pod anagramowym pseudonimem Tobia Gorrio - przerabiając na libretto mało znaną tragedię Wiktora Hugo Angelo, tyran Padwy przeniósł jej akcję do stokroć bardziej malowniczej Wenecji; przestronna i znakomicie wyposażona scena Opery Nova dawała wspaniałe możliwości rozegrania kolejnych scen. W bydgoskim przedstawieniu z obrazów dawnej Wenecji nie zostało ni śladu: ze statku Enza pozostał jedynie potężny bom ze zwiniętym żaglem, a barwny tłum Wenecjan obserwujący tradycyjne regaty na Wielkim Kanale wyglądał jak szara gromada proletariatu.
Można to uznać za przejaw nowoczesnego minimalizmu, widocznego ostatnio na wielu scenach, choć wątpliwości, czy akurat w przypadku Giocondy służy on dziełu, nadal pozostają. Jak jednak wytłumaczyć choćby scenę otwierającą akt III, w której pojawia się groźny Ahise: przewodniczący Rady Dziesięciu rządzącej Wenecją, który obmyśla karę śmierci dla niewiernej żony, powinien chyba zachować należną swemu stanowisku godność w postawie i stroju, zwłaszcza że po chwili na scenie pojawiają się dostojni goście przybywający do jego pałacu na przyjęcie. Tymczasem na bydgoskiej scenie widzimy mężczyznę obnażonego do pasa, z ręcznikiem kąpielowym zarzuconym na głowę. Jaki w tym sens - zaiste dojść trudno, a na pewno nie służy to stworzeniu właściwego dla owej sceny nastroju. Podobnie absurdalnych pomysłów było w przedstawieniu znacznie więcej. Nie pomyślano też o kolorystycznym zróżnicowaniu grup baletnic w słynnym Tańcu godzin, ślicznie skądinąd upozowanych na początku, niczym biały relief na ścianie w głębi sceny; powinny zaś różnić się, gdyż według zamysłu autora mają przedstawiać godziny poranne, południowe, wieczorne i nocne, a ich odmienny charakter muzyka Ponchiellego oddaje po mistrzowsku. To jednak już drobiazg.
Od strony muzyczno-wokalnej bydgoski spektakl był bardzo miłą niespodzianką. Istniały obawy, czy skromny zespół Opery Nova sprosta godnie wymaganiom dzieła, które zawiera m. in. partię dla każdego rodzaju głosu (sopran, mezzosopran, alt, tenor, baryton i bas) wymagającą wykonawcy prawdziwie wysokiej klasy, bo każdemu z nich przypisał kompozytor co najmniej jedną popisową arię, nie wspominając już o pełnych dramatycznego napięcia duetach.
W tytułowej partii ulicznej śpiewaczki znakomicie spisała się Katarzyna Nowak-Stańczyk, obdarzona pięknym sopranem typu jungdramatisch, tylko w wielkiej arii w ostatnim akcie trochę zabrakło jej dramatycznej siły. Dobrą Laurą była młoda ukraińska mezzosopranistka Darina Gapicz, choć zapewne niejeden widz wyobrażał sobie tę postać nieco inaczej. Barbara Krahel włożyła wiele ujmującej ekspresji w partię niewidomej matki Giocondy, wzbudzając aplauz widzów wzruszającym wykonaniem arii "Voce di donna". W potężnej partii Enza błysnął talentem Tadeusz Szlenkier, który od występów w krakowskiej Zemście nietoperza i poznańskim Balu maskowym znakomicie rozwinął swój głos i umiejętności wokalne - pięknie zabrzmiała w jego wykonaniu zarówno słynna aria "Cielo e mar", jak pełen napięcia duet z Barnabą, podstępnym szpiegiem weneckich władz. W tego ostatniego wcielił się z powodzeniem (mimo niedyspozycji głosu) młody baryton Adam Woźniak: dzielnie poradził sobie z potężnym monologiem "O monumento!" i w niełatwych scenach zbiorowych, trochę słabiej - z efektowną barkarolą w II akcie. Także posępny Alvise Badoero znalazł w tym spektaklu całkiem dobrego odtwórcę w osobie Łukasza Golińskiego, jakkolwiek przydałby się w tej partii głos basowy o większej mocy i gęstości brzmienia.
Chóry, przygotowane przez Henryka Wierzchonia, śpiewały bardzo ładnie, a kompozytor powierzył im w Giocondzie ważkie i odpowiedzialne zadania. Nad całością wykonania czuwał Ruben Silva, dyrygując precyzyjnie i zarazem dynamicznie, dbając o zachowanie należnych proporcji brzmieniowych między sceną a kanałem orkiestry. Można zatem powiedzieć, że wystawienie w Bydgoszczy opery Ponchiellego uwieńczone zostało sukcesem, niezależnie od zastrzeżeń, jakie budzi scenografia i niektóre pomysły reżyserskie.
Na zainaugurowanym premierą Giocondy festiwalu w kolejnych dniach pokazano Eugeniusza Oniegina z Opery Bałtyckiej, łódzki spektakl Aidy i poznański - Werthera, a nadto musical Lionela Barta Oliver! w wykonaniu artystów Teatru Rozrywki z Chorzowa oraz dwa spektakle baletowe zespołu Danza Contemporanea de Cuba. Atrakcją festiwalowego programu była rzadko wystawiana opera Halevy'ego "Żydówka", którą przedstawił Litewski Narodowy Teatr Opery i Baletu z Wilna.


Józef Kański, Ruch Muzyczny nr 11
8.6.2010


«« powrót