Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

Egzamin z Moniuszki zdany

Jeśli zwrot "opera narodowa" kojarzy się komuś z historyczną naftaliną, po tej "Halce" zmieni zdanie
Już w czasie rozmowy z reżyserką spektaklu Natalią Babińską czułam, że sobotnie przedstawienie będzie żywe i poruszy aż do łez. Rzeczywiście. Oczarowana publiczność zerwała się z miejsc.
To wielka sztuka, żeby kolejną odsłoną spektaklu - na wskroś polskiego - nie tylko nie zniechęcić widzów zbytnim patosem i przywiązaniem do szablonów, choćby scenograficznych, ale i autentycznie zainteresować ich twórczością skromnego organisty Stanisława Moniuszki, niby bardzo polskiego kompozytora, a jednak...
Natalia Babińska i zespół jej towarzyszący mogą sobie tego pogratulować, podobnie jak sporej dawki humoru, a ja doceniam ich jeszcze za wybór obsady na otwarcie XX Bydgoskiego Festiwalu Operowego, Przypomnijmy, że akcja tego dramatu rozgrywa się w miłosnym trójkącie: Halka, uboga chłopka, zakochany w niej bez wzajemności góral Jontek i Janusz, pan, właściciel wsi, który Halkę uwodzi i porzuca. Brzmi banalnie, prawda? W naszych czasach to dość zgrany motyw, idealny do fabuły seriali paradokumentalnych typu: "Ukryta prawda" albo "Zdrady". Tymczasem w bydgoskiej "Halce" zdarzyło się coś znacznie więcej, jakieś czary. Śmiem twierdzić, że poza orkiestrą wspaniale wygrywającą taneczne rytmy i rzewne legata (dziękuję maestro Piotrowi Wajrakowi), poza chórem o cudownej barwie i zacięciu aktorskim, zasługa w tym ogromna Jolanty Wagner (Halka) i Tadeusza Szlenkiera (Jontek).
Nie wymieniłam Janusza, ale o tym za chwilę. Halka mnie wzruszyła, ujęła. Znam mnóstwo historii o nieszczęśliwych związkach, ale dopiero na bydgoskiej scenie, dzięki kunsztowi wokalnemu (piano śpiewa tak cudownie!) i niebywałym emocjom debiutującej "Halką" Jolanty Wagner, zrozumiałam, co czuje kobieta obłąkana z miłości, jakie przeżywa piekło (bardzo ciekawy był obraz ciężkiej depresji bohaterki, jej natręctw i urojeń). Tadeusz Szlenkier, Jontek, pozytywnie mnie zaskoczył swoją otwartością- Jego poprzednie kreacje chyba nie były aż tak śmiałe, takie "po bandzie", do bólu obnażające odtrąconego mężczyznę i jego porażkę.
Wreszcie nieszczęsny Janusz, panicz, w którym ponoć pól wsi się kochało. Ja owej fascynacji nie zrozumiałam, być może za mało poświęcono tej postaci reżyserskiej uwagi. Chociaż doceniam walory głosowe Łukasza Golińskiego, a męska uroda to kwestia gustu, to jednak jaka szkoda, że zabrakło ikry, polotu, za mało było w Januszu chłodu, jak na zimnego drania przystało, ale i za mało finezji, żeby być wiarygodnym Don Juanem z dworku. W zasadzie taki Janusz nie zasługiwał nawet na cukierkową Zofię, laleczkę, rozpuszczoną córeczkę tatusia, bardzo ciekawie zagraną i pięknie zaśpiewaną przez Darinę Gapicz. Być może te męskie niedostatki wynikają z tego, że na scenie prym wiodły jednak silne panie? Wierzę, że w kolejnych obsadach kobiety pałeczki z rąk nie wypuszczą, choć dla mnie para Wagner - Szlenkier zostaje od dziś numerem jeden.
Na koniec słówko o scenografii. Za moimi plecami ktoś narzekał, że na scenie za dużo złota, że po co im te maski weneckie. Dla mnie złoto trąciło tombakiem, podobnie jak cała januszowa (i środowiskowa) szlachetność. A masek chyba nie trzeba tłumaczyć. Panowie niemal do końca trzymali je na twarzach... .


Katarzyna Bogucka, Express Bydgoski nr 100
29.4.2013


«« powrót