Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

"Halka" Stanisława Moniuszki w reżyserii Natalii Babińskiej

Myślę, że „Halka” to nieproste zadanie dla reżysera i wykonawców. Jak zainteresować widza dziewiętnastowieczną historią uwiedzionej i porzuconej dziewczyny? Zastanawiałam się jak tym razem zostanie pokazana nam - publiczności, która wypełniła w niedzielę salę Opera Nova w Bydgoszczy więcej niż w stu procentach – wiele młodych, ale i starszych osób siedziało na schodach w przejściach, wyczuwało się to wspólne OCZEKIWANIE. Publiczność nie była obojętna, żywo reagowała na to, co działo się na scenie – artystom udało się wzbudzić nasze emocje i to jest dla mnie miarą sukcesu tego przedstawienia.
To był przede wszystkim wieczór Jolanty Wagner – Halki i Tadeusza Szlenkiera – Jontka. Reżyser przedstawienia - Natalia Babińska uczyniła z „Halki” dramat egzystencjalny przede wszystkim – na pierwszym miejscu postawiła traumatyczne przeżycia kobiety, która została zdradzona, straciła dziecko. Niedotrzymane obietnice, złamane słowo, zawiedzione uczucia, utrata bliskich osób i pęknięte z tego powodu serce to się działo kiedyś i ciągle się zdarza a przyczyną nie muszą być różnice w statusie majątkowym…Nie słyszałam wcześniej Jolanty Wagner – pierwsze wrażenie - to młody, świeży głos. Szczególnie podobał mi się w średnim rejestrze. Pięknie, prosto zaśpiewała arię „ Gdyby rannym słonkiem”, doskonałe były w jej wykonaniu ostatnie sceny opery. Jej Halka jest zdesperowana, przepełniona bólem po zmarłym dziecku. Pojawia się ono kilka razy w ciągu spektaklu jako wizja –duch, ubrane w strój podobny do Januszowego i dzięki temu wiemy, co dręczy Halkę. Jej tragedia stała się także dramatem związanego z nią mocno Jontka.
Jontek to kolejna bardzo dobra rola Tadeusza Szlenkiera – męski, przystojny i świetnie zaśpiewany od pierwszej do ostatniej nuty pozytywny bohater. "I ty mu wierzysz", "Szumią jodły na gór szczycie" wykonał bez zbędnego patosu, ale z sercem, przejmująco. Niektóre kobiety gustują w draniach, ale ja należę do tych, które bardziej cenią tych co potrafią być przy kochanej osobie w najgorszych momentach życia, wspierać ją w chorobie, w depresji – to prawdziwe męstwo. Znam kilku takich Jontków i bardzo mi imponują; oby było ich jak najwięcej...
Najcenniejsze momenty w tym przedstawieniu były dla mnie wtedy, kiedy Halka, Jontek zostawali na scenie sami i śpiewali o tym, do czego tęsknili, co ich bolało – tak jak w finale, który reżyserka zmieniła. Halka na wpół obłąkana z rozpaczy słysząc pieśń z kościoła cofa się przed zemstą, przebacza Januszowi po chrześcijańsku i nie popełnia samobójstwa, lecz wyczerpana cierpieniem umiera. Widzimy jej duszę, która uwalnia się z ciała i idzie do Nieba. To zakończenie, pojawiające się dzieci - duszyczki sprawia, że „Halka” staje się podobna do dramatu romantycznego takiego jak Mickiewiczowskie „Dziady”. Jestem za taką, niepostmodernistyczną, nie pozbawioną odniesień metafizycznych interpretacją tego utworu.
Druga część „Halki” (3., 4. akt) podobała mi się bardzo. Świetne były układy choreograficzne w 3. akcie, pięknie i poruszająco brzmiał chór Opera Nova pod dyrekcją Henryka Wierzchonia. W pierwszej trzeba było pokazać pełen blichtru, błyszczący „przegadany” świat dworski, „wyższych sfer” w kontraście do monochromatycznego, biednego świata Halki i Jontka, jednak wokalnie Dziemba, Stolnik, Zosia, Janusz nie zrobili na mnie aż tak pozytywnego wrażenia jak Halka i Jontek i może dlatego skróciłabym nawet niektóre sceny z tej części, aby bardziej skupić się na relacjach między głównymi bohaterami. Gratulacje należą się Piotrowi Wajrakowi, który doskonale poprowadził orkiestrę Opery Nova.
Wracając do domu dyskutowaliśmy jeszcze poszczególne sceny i zakończenie - bydgoska "Halka" zdecydowanie do wysłuchania, obejrzenia i przemyślenia!


ewa_b,
30.4.2012


«« powrót