Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

"Rycerskość wieśniacza. Pajace", czyli dlaczego lubimy Opera Nova

O spektaklach w Opera Nova w Bydgoszczy od dawna słyszeliśmy wiele dobrego, a to od Drusilli, a to od Ewy, które co jakiś czas dzieliły się na Blogach relacjami z kolejnych przedstawień, zwiększając naszą ochotę do odwiedzin teatru, który nie tylko na opera.info.pl zbiera ostatnimi czasy świetne recenzje ze swojej działalności. Wreszcie i dla nas przyszedł ten szczęśliwy moment, że mogliśmy w ostatnią niedzielę zasiąść na widowni bydgoskiej Opery i zobaczyć „Rycerskość wieśniaczą” Pietro Mascagni’ego oraz „Pajace” Ruggiero Leoncavallo, opery tradycyjnie wystawiane razem jednego wieczoru.
Ostatni raz oba dzieła widzieliśmy na żywo w Opera Bastille w Paryżu, niecałe dwa lata temu. Z tamtego spektaklu pozostało nam w pamięci niezwykle wzruszające i bardzo intensywne dramatycznie przedstawienie „Pajaców” (trochę w stylu „La Strady” Felliniego) oraz nieco letnia (zarówno w wykonaniu, jak i scenografii) inscenizacja „Rycerskości wieśniaczej”. Również obsada solistów w ówczesnych „Pajacach” dużo bardziej przypadła nam do gustu. Rosyjski śpiewak Vladimir Galouzine w roli Cania zagrał i zaśpiewał poruszająco. To była wspaniała kreacja. Było zresztą widać, że sporo go emocjonalnie musiała kosztować, bo do ukłonów wyszedł niezwykle zmęczony. Również młoda śpiewaczka rumuńska, Brigitta Kele, w roli Neddy pokazała w głosie wszystkie kolory tej postaci i stała się oprócz Vladimira Galouzine główną bohaterką wieczoru. Ale, ale … nie o tym przecież chcieliśmy pisać :)
„Rycerskość wieśniacza” w Opera Nova zaczęła się dla nas zaskakująco, ale nie ze względu na sam pomysł reżysera. Po prostu, praktycznie od pierwszych dźwięków, muzyka zabrzmiała tak plastycznie i prawdziwie, że trudno było powstrzymać się od … wzruszenia. A nie jest to zazwyczaj ten moment w „Rycerskości”, w którym daje znać o sobie nasze „mazgajstwo”. I tak już zresztą zostało do końca. Dyrygentowi i orkiestrze prowadzonej przez Wojciecha Rajskiego należą się wielkie brawa, bo muzyka wybrzmiewała przepięknie, budziła emocje, nie pozostawiała nas obojętnymi. Stworzyła włoski klimat, pełen ciepła. To w żadnym razie nie była letnia interpretacja. Chóry w całym przedstawieniu zaśpiewały znakomicie, aż serce rosło, gdy się ich słuchało.
W „Rycerskości wieśniaczej” bardzo nam się podobał występ Tadeusza Szlenkiera. To ładny głos w całej skali. Lekko, bez wysiłku śpiewane góry, bardzo dobre wyczucie sceny. Super! Mieliśmy może trochę żalu do reżysera, że, a to mu się kazał turlać po zasypanej czymś na kształt czarnego żwiru podłodze, a to szarpać z partnerką, co na pewno pracy mu nie ułatwiło, ale wyszedł z tych wszystkich „wyzwań” zwycięsko i stworzył wokalnie, i scenicznie bardzo ciekawą, dramatycznie przekonującą, postać Turiddu.
Darina Gapicz jako Santuzza podobała nam się od strony kreacji stworzonej na scenie, choć może trochę za dużo było w niej momentami dramaturgicznej „szarży”, pewnej teatralnej „drapieżności”, czy jak kto woli aktorskiego przerysowania. Wyglądało to, jakby od razu weszła na nieco zbyt wysoki poziom „emocjonalnego wyrazu”. Zapewne gdyby nieco stopniowała swoją rolę, zarówno aktorsko, jak i wokalnie, lepiej by się jej słuchało. Dodatkowo, o ile jej śpiew w niższym rejestrze brzmiał bardzo ładnie, to śpiewane góry były nieco za ostre, zbyt atakujące słuchaczy. Dostaliśmy obraz zranionej, pełnej pragnienia zemsty kobiety, a nie kobiety porzuconej, cierpiącej, co sprawiło, że nie do końca udało się jej wyzwolić w nas uczucie współczucia i zrozumienia dla jej losu. Doceniamy jednak potencjał głosu śpiewaczki i jesteśmy przekonani, że jeśli tylko zacznie kreować role z większym wyczuciem to będzie w stanie poruszyć w przyszłości nie jednego widza. Dobre kreacje wokalne stworzyły Małgorzata Ratajczak jako Mamma Lucia i Dorota Sobczak jako Lola. Trochę więcej oczekiwaliśmy tego wieczoru od Leszka Skrly w roli Alfio, ale potem pomyśleliśmy, że może nasz mały zawód wynikał z tego, że słyszeliśmy go niedawno w Operze Krakowskiej w fantastycznej kreacji Grandiera w „Diabłach z Loudun” Krzysztofa Pendereckiego, gdzie byliśmy jego kreacją aktorską oraz śpiewem wprost zachwyceniu. Od strony inscenizacyjnej, pomimo, iż nie wszystkie, zaproponowane przez Andrzeja Bubienia, zastosowane środki wyrazu i symbole zrozumieliśmy, a czasami z niektórych z nich my byśmy akurat zrezygnowali, to jednak stworzony na scenie obraz był „klimatyczny”, plastycznie ładny, przyjemnie się na niego patrzyło i nie mieliśmy poczucia żadnego „rozjechania się” akcji z wizualna stroną spektaklu.
Na drugą część przedstawienia, czyli „Pajace” czekaliśmy z wielkimi oczekiwaniami, bo to dramatycznie niesamowita opera, a dobrze zaśpiewana i zagrana na scenie może wzbudzić przysłowiową gęsią skórkę. Tu jednak nasze spojrzenie na tą operę zupełnie nie pokryło się z wizją reżysera, Andrzeja Bubienia. Zaproponowana przez niego sytuacja pewnej zabawy, rozśmieszania widza, pewnego oswojenia tragedii, czy wręcz jej zmarginalizowania, zupełnie nas nie przekonała. Scena finałowa, podczas której zabawnie zagrana postać kurczaka, jako dania na obiad, zupełnie odciąga uwagę widza od dramatu rozgrywającego się na scenie, nie była naszym zdaniem trafiona. Przecież w tej scenie najbardziej poruszające jest obserwowanie, jak Canio, który przecież nie wchodzi na scenę odgrywanego przedstawienia by zabić, słysząc tam podobne słowa, „zderzając się” z analogiczną sytuacją zdrady, które przed chwilą przeżywał w realnym świecie, traci nad sobą jakąkolwiek kontrolę. Cel poznania imienia kochanka żony, staje się dla niego najważniejszy, a sprzeciw Neddy doprowadza go do szaleństwa i wywołuje następujące po sobie zbrodnie, o których byśmy dziś powiedzieli, że były to zbrodnie dokonane w głębokim w afekcie. Tego klimatu narastającej grozy i przeżywania osobistego dramatu zabrakło, przez co scena finałowa utraciła naszym zdaniem swoją siłę rażenia i stała się, ot zabawnie opowiadaną historią z bardzo przykrym zakończeniem. Również nie wszystkie wcześniejsze obrazy zostały trafnie „zaprojektowane”. Na przykład scena, gdy Nedda śpiewa chodząc po blatach stolików do charakteryzacji, była naszym zdaniem zupełnie niepotrzebna. Utrudniała ona na pewno śpiew Magdalenie Polkowskiej, a czy wniosła cos ciekawego? Wydaje nam się, że czasem ważniejsze jest stworzenie klimatu, niż „czarowanie” widza coraz to nowymi i bardziej zaskakującymi obrazami, czy ekwilibrystykami głównych bohaterów. Przecież w operze i tak najważniejszy jest śpiew i muzyka!
Pomimo, że wizja reżyserska „Pajaców” nas akurat zupełnie nie przekonała, to jednak muzycznie i wokalnie było to podobnie jak „Rycerskość” bardzo dobre doświadczenie. Orkiestra pod batutą Wojciecha Rajskiego i w tej części nie zawiodła, a chóry wykonały bardzo dobrze swoje zadanie. Z solistów od początku do końca najbardziej przekonującą sylwetkę stworzył Sylwester Kostecki. On po prostu był Caniem, porywczym, zazdrosnym, nierozumiejącym, dlaczego jego żona go zawiodła, nie będącym w stanie tego ani zaakceptować, ani tego wybaczyć. Świetnie oddany tragizm poszczególnych sytuacji, głosowo bardzo wiarygodny, w żadnym momencie nie wyczuliśmy fałszu. Sylwester Kostecki bardzo dobrze poradził sobie z tą wymagającą wokalnie partią. Brawo! Również Łukasz Goliński, jako Tonio, pokazał nam „kawał” bardzo dobrego śpiewania. Ładna barwa i stabilne prowadzenie głosu sprawiły, iż słuchało się go z prawdziwą przyjemnością. Może tylko wyglądał nieco zbyt dobrze, w stosunku do wizji tej postaci z libretta, ale cóż, to przecież nie jego wina. Podobało nam się także wykonanie partii Neddy przez Magdalenę Polkowską, choć akurat przy tej roli, wcześniej opisane zadania, jakie postawił przed śpiewaczką reżyser, odebrały nieco charakteru śpiewanej postaci.
To, co chcielibyśmy podkreślić, to fakt, że obie opery nie miały wokalnie i muzycznie tak zwanych słabych punktów, a to duża zaleta, bo nawet w największych teatrach operowych zdarza się, że zespół nie jest do końca wyrównany. Tu tego nie było i za to należą się Operze Nova w Bydgoszczy wielkie gratulacje. To był dla nas bardzo udany wieczór.


Beata i Michał Olszewscy, opera.info.pl
6.11.2013


«« powrót